Powolnym krokiem szedłem niewielką uliczką pomiędzy blokami. W pewnym momencie zadzwoniła moja komórka, którą zaraz wyciągnąłem z kieszeni spodni. Spojrzałem na wyświetlacz i mimowolnie się uśmiechnąłem, bo dzwonił mój Maluszek. Odebrałem połączenie słysząc jego cudowny głos.
- Eli hyung, przyjedziesz po mnie dzisiaj? – Zapytał swoim słodkim głosikiem. – Proosze…
Uśmiechnąłem się szerzej już wyobrażając sobie, jak Eluś wychodzi ze szkoły i biegnie zaraz do mnie z utęsknieniem. Kiedy mogłem przyjeżdżałem po niego pod szkołę i razem jechaliśmy do naszej kawiarni a potem w różne miejsca by spędzić miło czas. Do późnego wieczora przesiadywałem u niego w domu, czasem pomagałem mu w lekcjach czy przygotowywaniu się do sprawdzianu. W weekendy przyjeżdżał do mnie na noc, więc cały czas mogliśmy wtedy być razem.
- A dostane za to buziaka? – Zapytałem już marząc o tym, by go przytulić i pocałować.
- Tak. Nawet kilka tylko przyjedź po mnie. – Odparł prosząco.
- Dobrze. To przyjadę po ciebie. – Powiedziałem i wtem zobaczyłem, że na końcu uliczki zatrzymuje się jakiś czarny samochód, z którego wysiadło czterech potężnych i łysych mężczyzn. – Kochanie, muszę już kończyć. Zobaczymy się później. Kocham Cię. – Szepnąłem na koniec rozłączając się i nie spuszczając z oczu nieznajomych, którzy szli w moją stronę. Przeczuwałem kłopoty, choć tych gości w ogóle nie znałem.
- Ellison Kim? – Zapytał jeden z nich łypiąc na mnie groźnie.
- Zależy, kto pyta. – Odpowiedziałem zatrzymując się przed facetem i patrząc na niego z powagą. Nie miałem pojęcia, kim są i czego chcą ode mnie.
- Pójdziesz z nami. – Powiedział nie spuszczając ze mnie spojrzenia.
- Wybaczcie, ale mam inne plany. – Odparłem i już chciałem go wyminąć, kiedy mocno złapał mnie za rękę ramię odwracając mnie w swoją stronę.
- Nie masz wyjścia. – Syknął a jego towarzysze osaczyli mnie.
- Nie będziecie mi rozkazywać. – Szarpnąłem ręką uwalniając się z jego uścisku. Zaraz jednak usłyszałem jak wyciągają broń i je odbezpieczają mierząc we mnie.
- Zrobisz, co ci karzemy. – Powiedział stanowczo mężczyzna podchodząc do mnie powoli. – Idziemy. Do samochodu. – Rozkazał a ja poczułem lufę z tyłu z tyłu głowy i chcąc nie chcąc ruszyłem na przód.
Tuż przed drzwiami poczułem silny ból z tyłu głowy, a potem już widziałem tylko ciemność.
Ocknąłem się czując lodowatą wodę, którą zostałem oblany. Szeroko otworzyłem oczy i nim się zorientowałem, co jest grane, brutalnie wyciągnięto mnie z bagażnika i rzucono na ziemię. Syknąłem cicho podnosząc się zaraz na łokciach.
- Gdzie jest twój przyjaciel, KyuNeul? – Zapytał pochylając się nade mną.
- Nie wiem. – Odparłem, co poniekąd było prawdą.
- Zadam pytanie jeszcze raz. Kolejnej szansy nie dostaniesz. – Rzekł cicho i złowrogo patrząc mi w oczy. – Gdzie jest KyuNeul?
- Nie wiem. – Odpowiedziałem dobitnie i z pewnością siebie.
Mężczyzna jeszcze przez chwilę mi się przyglądał, po czym wyprostował się i odszedł parę kroków wyciągając papierosa i zapalniczkę.
- Do roboty chłopcy. – Powiedział odwracając się.
Zaraz mnie podnieśli i zaczęli okładać mnie pięściami. Próbowałem się obro-nić, ale kiedy znów uderzono mnie z tyłu głowy upadłem na ziemię będąc wciąż bi-tym i kopanym.
W pewnym momencie zadzwoniła moja komórka. Modliłem się w duchu by to nie był tylko Eluś. Zapewne z niecierpliwością czekał na mnie pod szkołą i za-czynał zastanawiać się, gdzie jestem.
Mężczyźni przeszukali wszystkie moje kieszenie by odnaleźć telefon, który zaraz przekazali swojemu szefowi.
- A któż to dzwoni? – Zapytał patrząc na ekran komórki. – Eluś. Zobaczymy, czego chce. – Uśmiechnąłem się szyderczo odbierając połączenie. Ja natychmiast zerwałem się chcąc mu zabrać komórkę, ale ci goryle mnie powstrzymali, choć nie przestałem ani na chwilę się z nimi szarpać.
- Ani mi się waż! – Warknąłem łypiąc na niego wściekle.
- Halo?
Niestety nie mogłem usłyszeć głosu ukochanego, ale już sobie wyobrażałem jak zareaguje słysząc obcy głos. Bałem się, że będą chcieli go tu zwabić. Nie mo-głem na to pozwolić.
- Przykro mi, ale twój Hung nie może teraz z tobą rozmawiać. Jest trochę za-jęty. – Powiedział mężczyzna patrząc na mnie kpiąco. – Ale jeśli bardzo chcesz go zobaczyć to serdecznie zapraszam.
- NIE!! – Krzyknąłem, ale zaraz zatkano mi usta bym już nie mógł wydobyć z siebie żadnego głosu. Szarpałem się ile miałem sił, nie zważając na ból. Chciałem im przywalić i zakazać Elusivowi przyjeżdżania tu. Bałem się, że jemu zrobią coś. Mężczyzna właśnie tłumaczył, gdzie mój ukochany ma przyjechać. Wiedziałem, że przyjedzie. Wiedziałem, że przeczuwał, iż coś złego się dzieje. Wiedziałem, że zary-zykuje i niedługo tu będzie, choć może się domyślać, że mogą mu zrobić krzywdę. Facet pożegnał się, a ja łypałem na niego groźnie.
- Zabije cię, jeśli choćby jeden włos mu z głowy spadnie! – Krzyknąłem z wściekłości chcąc go dopaść w swoje ręce i rozerwać na strzępy.
- Trzeba było powiedzieć, gdzie KyuNuel przebywa. – Odparł spokojnie opie-rając się o maskę samochodu. – Teraz sobie poczekamy na twojego chłoptasia. Niech zobaczy jak jego Hung szlachetnie broni swojego przyjaciela. – Zaśmiał się szyderczo paląc papierosa. – Zamknąć go. – Rozkazał i natychmiast siłą zaciągnęli mnie do bagażnika.
W ciemności czekałem aż mnie znów wypuszczą tylko, że już wtedy zapewne zobaczę swojego ukochanego a on zobaczy, w jakim jestem stanie. Podbite oko, rozcięta warga i płynąca krew z nosa. W dodatku moje ciuchy były ubrudzone zie-mią a włosy zapewne potargane i sterczące na różne strony. Tak bardzo chciałem by teraz był w szkole. Byłby bezpieczny będąc jak najdalej od tego miejsca. Od tego pustkowia, w które przywieźli mnie. Wiedziałem, że będzie mi trudno zapewnić mu ochronę. Właściwie była minimalna szansa, że będę mógł zrobić cokolwiek, aby go obronić. To było najbardziej dobijające. Czułem się taki bezsilny, ale oddałbym ży-cie za swojego Elusia. Modliłem się teraz by jemu nie zrobili żadnej krzywdy.
Po dłuższym czasie usłyszałem zatrzymujący się samochód. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe i wstrzymałem oddech tak bardzo obawiając się, że zaraz usłyszę głos Elusiva. Moje obawy ziściły się i teraz to wszystko przeistoczyło się w kosz-mar. Musiałem jakoś wydostać stąd mojego Dongsaeng całego i zdrowego.
- Witam. Cóż za niespodzianka. Nie sądziłem, że chodziło o tego Elusiva z tego wielkiego rodu Lee. – Usłyszałem głos mężczyzny, który najwyraźniej był nieco zaskoczony, ale starał się tego nie okazywać.
- Gdzie jest Eli? – Zapytał Eluś, a mnie serce ścisnęło. Przymknąłem oczy czując jeszcze większą bezsilność.
- Jest z nami. Tylko nie widać go jeszcze. Panowie…
Zaraz on mnie zobaczy. Zaraz zacznie się całe przedstawienie. A ja nie wie-działem, czy będę w stanie spojrzeć na niego. To przeze mnie będzie jak coś mu się stanie.
Bagażnik został otworzony i znów wyciągnięto mnie siłą z bagażnika.
- Eli! – Krzyknął mój Dongsaeng i poczułem się jeszcze gorzej. Zerknąłem na niego tylko przez chwilę. Taki drobny, taka kruszyna… Chciał podbiec, ale ‘szef’ natychmiast go powstrzymał przystawiając mi lufę do skroni.
- Nie radzę. – Powiedział.
- Przepraszam Elusive… - Odezwałem się cicho wlepiając wzrok w ziemię. Musiałem jak najszybciej wymyślić jakiś plan ucieczki. Cokolwiek.
- Czego chcesz od niego? – Zapytał Elusive stanowczo przeradzając się w chłopca z pazurkami. Lubiłem w nim to. Był słodki, uroczy i niewinny, ale czasem potrafił zamienić się w wojownika.
- To już nie istotne. – Odparł i skinieniem głowy posłał dwóch swoich towarzyszy do niego. Widząc to natychmiast zacząłem się szarpać.
- Nie dotykajcie go!! – Wrzasnąłem wściekle, ale zaraz zostałem powalony na ziemię. Eluś krzyknął i również zaczął się szarpać z mężczyznami, którzy mocno trzymali go.
- Na twoim miejscu nie robiłbym nic głupiego. Jeden ruch a twojemu chłopaczkowi stanie się krzywda. – Rzekł mężczyzna i zaczął okładać mnie pięściami razem z tym drugim łysolem. Słyszałem krzyki swojego Małego, który sprawiał mi więcej bólu niż zadawane mi ciosy. W pewnym momencie dostałem mocnym kopniakiem w głowę, że aż przez chwilę mnie zamroczyło. Przed oczami zobaczyłem ciemność i przestałem już słyszeć cokolwiek.
Coś chłodnego skapnęło na mój policzek. Po chwili kolejna kropla wody kapnęła na moją twarz i powoli spływała po nosie, policzku aż do brody. Powoli otworzyłem oczy będąc cały obolały. Słyszałem czyjąś rozmowę, ale była niewyraźna, nawet nie rozpoznawałem jakiegokolwiek głosu. Wszystko jakby było za mgłą.
Dopiero po dłuższym czasie zacząłem wyraźnie słyszeć słowa, które układały się w pełne zdania. Słyszałem czyjś cichy szloch, który po chwili rozpoznałem. Ser-ce ponownie zaczęło mi pękać, bo dobrze wiedziałem, kim jest ta płacząca osoba.
- …więc teraz jako grzeczny chłopiec pojedziesz z nami. – Powiedział mężczyzna, a ja natychmiast czułem adrenalinę. Powoli odwróciłem się i spojrzałem za siebie. Nigdzie nie mogłam dostrzec dwóch goryli ‘szefa’, ale też nie było samochodu, którym przyjechał Elusive. Był tylko jeden z tych łysych osiłków i ten, co rozkazywał im. No i oczywiście był Eluś. Stał przed tym gnojem łkając cicho. Zaraz zaczął się szarpać znów, kiedy to ten jeden osiłek próbował posadzić go w samochodzie. Natomiast przywódca poszedł na przód auta i zaczął rozmawiać z kimś przez telefon. Powoli podniosłem się starając nie robić zbyt wielkiego hałasu. Eluś i łysy siedzieli w środku czekając na kierowcę. Podszedłem do drzwi, otworzyłem je i siłą wyciągnąłem osiłka zaraz dając mu po mordzie. Choć już mi brakowało sił to jednak nie miałem zamiaru pozwolić by ktokolwiek gdziekolwiek wywiózł i nie wiadomo, co zrobił z moim ukochanym.
- Eli! – Krzyknął Dongsaeng wysiadając zaraz z samochodu i przyglądając się jak łamię facetowi ramię. Jednym uderzeniem prosto w szyję mężczyzna złapał się za gardło dławiąc się.
Po chwili na dobre się rozpadało. A ja wciąż walczyłem z osiłkiem chcąc do-bić go do nieprzytomności. Kiedy w końcu mi się to udało wstałem i odwróciłem się. Zobaczyłem jak mężczyzna trzyma mocno Elusia w swoich łapach i patrzy na mnie nieco zdezorientowany.
- Jeden krok a mały zginie. – Syknął wściekle i wyciągnął broń kierując ją w moją stronę.
Patrzyłem na niego myśląc jak tu się zbliżyć i uwolnić Elusiva z jego uścisku. Na niebie pojawiła się błyskawica rozświetlająca nasze twarze, a po niej nastąpił głośny grzmot, na który Eluś drgnął. Wiedziałem, że boi się burzy i zacznie drżeć ze strachu.
- Będziesz strzelał do bezbronnego człowieka? – Zapytałem unosząc ręce. – Gdzie twój męski honor? Każdy to potrafi. Walcz jak mężczyzna. – Dodałem patrząc mu w oczy.
- Nie jestem taki głupi. – Zaśmiał się krótko i wtem Elusive mocno uderzył go łokciem w brzucho tak jak go uczyłem, w razie gdyby został kiedyś zaatakowany. Mężczyzna syknął cicho wypuszczając z dłoni pistolet, a ja natychmiast podbiegłem do niego łapiąc go za fraki i pchnąłem z całej siły na samochód. Złapałem za jego włosy i przywaliłem głową mężczyzny o szybę, która się rozbiła.
- Mówiłem byś go nie dotykał. – Syknąłem wściekle naparzając na niego pięściami i nogami. Jednak ten zaraz rzucił się na mnie przewracając mnie na ziemię. Zadał mi kilka ciosów nim Dongsaeng nie kopnął go w krocze.
- Dzwoń na policję! – Krzyknąłem do niego szarpiąc się z mężczyzną, który nie chciał dać za wygraną. Z pomocą nóg przerzuciłem go nad swoją głową zaraz podnosząc się. Złapałem jego rękę i nogami oplotłem wokół jego szyi zaczynając go dusić. Nie miał jak się bronić.
Po dłuższym czasie w końcu odpłyną a ja mogłem go puścić i odetchnąć opa-dając powoli na mokrą ziemię. Niebo znów rozjaśniło się na chwilę, a potem donośny huk zabrzmiał mi w uszach.
- Eli… - Usłyszałem cicho drżący szept. Spojrzałem na swojego ukochanego, który trząsł się i ze strachu i z zimna.
Ostatkiem sił podniosłem się i podszedłem do niego zaraz obejmując go moc-no.
- Cii… Jestem tu. Już po wszystkim. – Szepnąłem do jego uszka czując jego osłabione ciałko, które tuliło się do mnie szukając schronienia. – Nie dam cię skrzywdzić. – Dodałem głaszcząc go po główce. Kiedy podniosłem wzrok spostrzegłem jak osiłek podnosi rękę trzymając w niej broń, którą skierował w nas. W mgnieniu oka odepchnąłem na bok Elusiva samemu zostając postrzelonym w nogę. Syknąłem z bólu upadając na ziemię. Szybko podczołgałem się do nieopodal leżącej broni i strzeliłem w łysego mężczyznę trafiając go w czoło. Natychmiast padł martwy a ja już któryś raz odetchnąłem z ulgi, choć teraz noga strasznie mnie bolała. Zacisnąłem mocno zęby by nie wydawać żadnego głosu.
- Eli! – Krzyknął Eluś zaraz klęcząc przy mnie. Po jego policzkach ponownie spłynęły łzy. – Zabiorę cię do szpitala. Dasz radę wstać? – Zapytał drżącym głosem, ale wtem z daleka było słychać syreny i po chwili z radiowozów wysiedli policjanci.
Syknąłem cicho wsiadając do radiowozu a zaraz obok mnie usiadł Eluś. Objąłem go ramieniem przy okazji również przykrywając go kocem, który dostaliśmy od policji. Wcześniej zostałem opatrzony i przesłuchany a teraz mogliśmy już wrócić do domu. Maluszek wtulił się we mnie trzęsąc się wciąż z zimna. Był cały przemoczony i wystraszony. Wziąłem głęboki oddech opierając policzek na jego główce ciesząc się, że to już koniec wrażeń na dziś.
- Przepraszam cię. Wpędziłem cię w kłopoty. Nie chciałem tego. - Szepnąłem całując go w czubek główki.
- Kocham cię. - Szepnął cichutko tuląc się do mnie mocniej.
Pogłaskałem go po główce chcąc mu zapewnić bezpieczeństwo, choć teraz zastanawiałem się czy to będzie możliwe, czy wciąż będzie się czuł przy mnie bezpiecznie.
Koniec <3
Nie wiem czy dobrze posklejalem, ale kij ^^ A to twórczość mojego ukochanego także prosze spokojnie i miło, bo jak ktoś mi po nim pojedzie to nie ręczę za siebie -,- ^^
Postaram się od tego czasu wstawiać coś częściej. Musze też porozmawiać w końcu szczerze z ummą...
Poza tym mam ogłoszenie:
Z powodu braku pomysłu na paringi (tak wiele ich napisałem -,- wiem) przyjmuje propozycje wystarczy podać:
-Imiona, nazwiska, pseudonimy i zespół do którego należą moje ofiary
-do tego jakieś opisy charakterków (nie zakładajcie z góry, że wszystkie osoby znam) lub wasz pomysł na charakter
-Do tego można, ale nie trzeba, dorzucić pomysł na fabułę.
Będę wielce wdzięczny za wszystkie pomysły dorzucone przez was <3
~ Ukecian po renowacji ^^
czwartek, 30 stycznia 2014
Urodzinowy ^^
EliUsive
Widziałem go za każdym razem kiedy tam wchodził. Zamawiał
kawę i ruszał do stolika na Tylach kawiarni. Zelektryzował mnie od pierwszej
chwili. Przystojny, męski blondyn…
Pamiętam pierwszy raz. Przeszedł między stolikami i podszedł
do kontuaru . Poprosił o kawę z mlekiem i jakieś słodkie ciastko. Przeszedł
obok mnie posyłając mi delikatny i słodki uśmiech. Piękny-taki właśnie był i
tak wtedy pomyślałem. Zwrócił uwagę tylko na mnie. Co tu dużo gadać… miłe
uczucie.
Potrafiliśmy tak siedzieć do wieczora i zerkać na siebie
dość często. Patrzył tylko na mnie mimo iż ruch w kawiarni był za każdym razem
całkiem spory. I nie zaprzecze- to było całkiem miłe i sprawiało mi przyjemność,
oraz wywoływało miłe ciepło w sercu. Każde spojrzenie utwierdzało mnie w tym,
że jest tak strasznie wyjątkowy. Nie taki jak inni, lecz jedyny w swoim
rodzaju. Potrafiłem patrzeć na niego godzinami i uśmiechać się do swoich
słodkich myśli.
Tak było na początku. Teraz już jestem pewien, że będzie
przychodził tu codziennie. Od jakiegoś czasu przychodzi, zamawia kawę i ciastko
i przechodząc obok mnie dotyka opuszkami palców moją dłoń. Jeden czuły gest, a
wywołuje jakby przejście fali prądu. Magnetyzuje. Jednak nic nie mówi tylko
idzie do swojego ulubionego stolika.
A ja znowu wpatruje się w niego jak w najpiękniejszą i
najukochańszą osobę na świecie. Gdyby ktoś patrzył w moje oczy w momencie kiedy
ja patrzę na niego, widziałby miłość spełnionego kochanka. Jednak wszyscy
patrzą tylko na niego. Pięknego blondyna- Anioła.
I właśnie dzisiaj, teraz robie to co zawsze około godziny
18, kiedy w kawiarni niema już nikogo oprócz nas dwóch. Wstaje, odnoszę kubek i
talerzyk i podchodzę do niego- Ideału w każdym calu. Podnosi wzrok i widząc, że
to ja, uśmiecha się tak pięknie i słodko jak tylko on potrafi. Więc po prostu
rozsiadam się mu na kolanach i obejmuje go za szyję.
-Kochanie, pora zamykać-szeptam cicho i składam na jego
ustach jeden, słodki pocałunek, który zaraz zostaje odwzajemniony-trzeba jechać
do Jaesia mężusiu.
Drugie opowiadanie dla Skarba EliUsive ^^ <3
Świąteczny- spóźniony
Odkąd pamiętam w święta zawsze coś traciłem. Czasami bardzo
cennego, czasami mniej. Kiedy byłem mały, od razu po wigilijnej kolacji, zdechł
mój pies (nie, nie dawaliśmy mu nic dziwnego do jedzenia), w wieku lat 13
straciłem dziadków, którzy jechali jechali do nas na wigilię. W wieku lat 15
straciłem rodziców.. wracając z pasterki potrącił ich pijany kierowca- do tej
pory nie został odnaleziony. W wieku lat 16 straciłem dziewczynę i godność-
zakochany w jej bracie, dzięki niej zostałem upokorzony i traktowany jak śmieć
w sierocińcu- ponieważ w wigilijny wieczór powiedziałem jej prawdę licząc na
‘cud’ w ten ‘magiczny’ dzień. Dzięki tej dyskryminacji, po fakcie dokonanym i
szykanowaniu, dowiedziałem się prawdy o sobie. W końcu jednak nie
wytrzymałem-uciekłem. W wieku lat prawie 18 wyszedłem za najcudowniejszego
mężczyznę na świecie. Wreszcie poczułem się choć trochę szczęśliwy. Nikt z
sierocińca już za mną nie ganiał, bo mój wybranek miał 22 lata i mógł spokojnie
się mną zając. Byłem szczęśliwy i spokojny pozwalając darzyć się miłością i
darząc nią. Aż do teraz…24 grudnia 2013 roku… godzina 9:30.
Ocknąłem się jako pierwszy patrząc na męża czule. Wszystko
było prawie gotowe. Za kilka godzin miała zjawić się jego mama z siostrami.
Byłem jej wdzięczny, że w pełni nas akceptuje. Powoli nachyliłem się nad
ukochanym- jego wargi były leciutko chłodne jak każdego ranka.
-Kochanie… pora wstawać-mruknąłem czule, z miłością.
Żadnej reakcji…
-Skarbie, no już-szturchnąłem go lekko.
Nic…
-Jeny! Po buziaku zwykle się budzisz żądając więcej
śpiochu!-popchnąłem go lekko.
Nic…
-Eli! Eli do jasnej cholery!-szturchnąłem go mocnie.
Nic…
Później już tylko płacz i próba pomocy ukochanemu. Karetka
zjawiła się stanowczo za późno jak na mój gust
Pana mąż ma zapalenie opon mózgowych-lekarz patrzył na mnie
wymownie jakby to była moja wina.-dziwi mnie tylko, dlaczego pan go nie
przywiózł, gdy się źle czuł-dodał nawet nie przejmując się moim stanem.
-Widziałem, że coś było nie tak, widziałem, że ostatnio
ledwo żył, ale upierał się, że nigdzie nie pojedzie, że nie ma czasu na
lekarzy. Prosiłem, ale nie mogłem go przecież zmusić.
-Ale mógł pan przekonać-obwieścił, a mój stan jakby go
cieszył i poprawiał mu jego własny humor-Pana mąż zapadł w śpiączkę nie wiadomo
kiedy się obudzi. A dzisiaj wigilia… Niech pan idzie do niego, nie powinien być
sam. Wszystko będzie słyszał, dlatego niech pan do niego mówi. Wszystko będzie
słyszał ,dlatego, niech pan do niego mówi.
Wyszedłem z pokoju i osunąłem się po drzwiach. Nie chciałem
by mojemu ukochanemu coś się działo. Niechciałem go stracić. Nie znowu. Łkałem
cicho chwytając się za serce. Miałem tylko jego. Jak mogłem być na tyle głupi
by nie zabrać go do lekarza gdy słaniał się na nogach, ale miał siłę by się
kłócić. To była moja wina, jego stan i to, że się tutaj znalazł, bo nie potrafiłem
go przypilnować, zaopiekować się nim.
Jeśli nie przypilnowałem go wtedy, musiałem zająć się nim
teraz i to najlepiej jak umiałem. Musiałem być silny bym dobrze się nim zajął,
ale jakoś nie potrafiłem. Nie umiałem zająć się sobą, a co dopiero innymi.
Uderzałem tyłem głowy o ścianę, jakbym wierzył, że każde uderzenie będzie
wyrzucało z mojej głowy przykre obrazy- a co za tym idzie- cofało czas.
Kiedyś jednak musiałem się podnieśc, dojść do siebie i spiąć
tyłek zagryzając wargę. Powoli wstałem i ruszyłem w stronę Sali na której leżał
mój mąż.
Wszedłem tam powoli i zerknąłem na niego. Był taki spokojny
jakby spał. Podszedłem do niego i łzy znowu pociekły.
-Kochanie…-szepnąłem cicho z bólem.
Powoli usiadłem koło niego i ująłem jego dłoń z sygnetem.
Powoli gładziłem ją wpatrując się w jego twarz.
-Jesteś taki spokojny, leżysz tak niewinnie. Dlaczego chcesz
mnie zostawić? Nie chce Cię tracić.-szepnąłem cicho i westchnąłem-Jesteś moim
jedynym szczęściem na świecie. Kolejna strata nie zabije. Nie rób mi tego. Chce
byś był zawsze obok. Kocham Cię tak bardzo, a to, że nawet nie mogę spojrzeć w
Twoje śliczne oczka i że nawet nie mogę usłyszeć Twego cudnego głosu. Wiele bym
dał byśmy teraz siedzieli w domu. Byś Ty czuł się dobrze. Kochanie… życie bym
za Ciebie oddał i każde bicie serca-szepnąłem cicho i powoli położyłem się obok
niego splatając palce prawej dłoni razem. Patrzyłem na jego śliczną twarz i
wdziałem Anioła. Anioła z którego ktoś wycisnął całe życie. I tym kimś chyba
byłem ja…
-Wiesz, że gdyby nie Ty, pewnie bym się wykończył i jeszcze
był z tego zadowolony? Ale gdy pojawiłeś się Ty, już nie chciałem ze sobą
kończyć. Choćby dlatego, że ktoś musiał dawać szczęście takiemu ideałowi jak
Ty. Jeśli teraz mi Cię zabiorą, kogo będę musiał uszczęśliwiać? Tylko myśl, że
ktoś mnie kocha i że ja tego kogoś musze kochać i uszczęśliwiać trzymała mnie
przy życiu-szepnąłem cicho.
Powoli przesunąłem jego włoski z czółka i położyłem głowę
koło jego głowy patrząc na niego wciąż i nieprzerwanie.
-Kocham Cię… Kocham nad życie… tylko tak mogę błagać byś do
mnie wrócił. Tylko tak sam sobie daję nadzieję na cud –szepnąłem cicho i
pogłaskałem jego policzek i przymknąłem oczy przywołując różne obrazy z
przeszłości.
Moment w którym widziałem go po raz pierwszy. Stał w
deszczu, moknąć pod budynkiem hotelu i nie przejmując się tym. Wtedy…
pomyślałem, że jest przystojny. Jednak te myśli zgasiła woda z pod kół
przejeżdżającej ciężarówki. A on stał tam, patrzył na mnie i śmiał się.
Krzyknąłem na niego, a on zaczął śmiać się głośniej. Mój ukochany…
I nasze kolejne spotkanie, kiedy pytał czy dzisiaj też coś
mnie ‘zgasi’. Miałem ochotę się na niego rzucić… zrobiłem to kilka tygodni… i
ten pocałunek. Paraliżujący. Cudowny. Magiczny. Niechciałem się odsuwać, ale przecież
uciekłem. Bałem się kolejnej starty, bo ta, jakto nazwałby postronny
obserwator, klątwa, mogła powrócić w każdej chwili. Ale Hyung znowu mnie
znalazł i gdy usłyszał moje wyzanie, wtulił mnie i powiedział, że on nigdy mnie
nie zostawi, że on nie zniknie…
-Kłamałeś-szepnąłem cicho znowu czując ogromny
ból-powiedziałeś, że mnie nie zostawisz.
Oparłem nos na jego szyjce czując cisnące się do oczu łzy.
-Pamiętasz te wszystkie cudowne chwile? Pamiętasz kiedy
pierwszy raz powiedziałeś, że mnie kochasz? Wyciągnąłeś mnie na skoki bungie.
Wariacie-zaśmiałem się cicho czując kolejne łzy-gdy skakaliśmy we dwójkę,
powiedziałeś, a raczej krzyknąłeś to. Nie dość, że tak mi się kolana trzęsły to
jeszcze bym wyleciał z barierką-prychnąłem cicho-A na dole mnie pocałowałeś,
mimo iż wisieliśmy do góry nogami. To… to była najcudowniejsza chwila mojego
życia. Nigdy Ci tego nie mówiłem, ale wtedy poczułem, dowiedziałem się, co to
pełnia szczęścia.
Powoli dotknąłem jego obrączki i ucałowałem jego dłoń tuląc
ją do policzka.
-I wtedy kiedy spadłeś z drabiny. Mówiłem ‘nie właź, bo za
bardzo wieje’. Ale Ty musiałeś. Uparłeś się. W końcu to było Helloween.
Musiałeś ozdobić dom-pocałowałem jego policzek kilka razy.-Myślałem, że Cię
dobije-zaśmiałem się cierpko-nawet nie wiesz jak się zamartwiałem, jak modliłem
się by nic Ci nie było. Jak moje serce przestało bić kiedy znalazłem Cię
wijącego się z bólu. Przynajmniej dostaliśmy cukierki w szpitalu-uśmiechnąłem
się.
Poprawiłem kołderkę na ukochanym i pogładziłem jego włosy
całując jego skorń.
-I ten dzień. Zabrałeś mnie we wakację na plaże by popływać.
Dzieciaki wesoło biegały i się bawiły, a ja udając, że czytam, obserwowałem jak
biegasz za nimi ze śmiechem i bawisz się z nimi. Byłeś wtedy taki, taki…
cudowny. Przyszedłeś, pocałowałeś mnie i stwierdziłeś, że chciałbyś mieć ze mną
synka i pobiegłeś po lody.-uśmiechnąłem się lekko.-dziwnym trafem na moim
lodzie pojawił się pierścionek. Z uśmiechem zabrałeś go twierdząc, że ‘jest
twój i że przez przypadek pewnie spadł ci’. Myślałem, że Ci krzywdę zrobie
Hyung-zaśmiałem się-co dziwne na końcu rożka-przypominam, że o mało się nim nie
udławiłem-znalazłem taki sam, tylko nieco mniejszy.-z uśmiechem ucałowałem jego
wargi-Niedobry,
W tym momencie poczułem całą wczorajszą kolację w przełyku.
Wyszedłem z łóżka i pognałem do łazienki wyrzucając z siebie ‘nadbagaż’. Nie
pierwszy raz w tym miesiącu. Wyczerpany wróciłem do Sali widząc w niej mojego
znajomego lekarza, który leczył także mnie kiedyś tam i zajął się Elim po
upadku.
-dzień dobry panie Elusivie-uśmiechnął się do mnie
sprawdzając kroplówkę ukochanemu.-przejąłem pacjenta. Teraz Pan Ellison jest
pod moją opieką.
Kamień z serca. Tamta perfidna morda już nie będzie mnie
nękać i byłem pewnien, że on nie zabije mojego męża
-Dzień dobyr-uśmiechnąłem się i chciałem usiąść obok męża,
ale mężczyzna zatrzymał mnie gestem dloni.
-Musimy porozmawiać-stwierdził lekarz, a ja poczułem jak
staje mi serce. Bałem się tego usłyszeć. Jednak on sięgnął po dużą kopertę,
która leżała na stole, a której niezauważyłęm wcześniej. Kolejne zdjęcie na
których nic nie widziałem, ale wiedziałem, że już nie chce na nie patrzeć. Ale
zamiast ‘niebieskawego’ zdjęcia zobaczyłem zwykłą kartkę na której znajdowały
się najprawdopodobniej wyniki badań.
-Pozwoliłem sobie odebrać pana wyniki badań-uśmiechnął się
lekarz, a ja patrzyłem na niego niepewnie.-wszystko jest dobrze. No, tam
szczegóły. Lekki niedobór żelaza, jak widze pozostaje pan pod stałą obserwacją
psychologa…-lekarz spojrzał na mnie poważnie-powinien pan więcej spać i jeść. W
końcu teraz będzie pan dbał nie tylko o siebie, aloe tez o tą małą istotkę w
panu-lekarz wszczerzył się-gratulacje, jest pan w ciąży.
Spojrzałem na niego zdziwiony i poczułem jak do moich oczu
napływają łzy. Nasze marzenie się spełni… marzenie o dziecku.
-A… nie… kłamałem… mówiłem, że cię nie zostawie… i mamy
gratis-usłyszałem ochrypły głos za lekarzem. Otworzyłem szerzej oczy i
podszedłem do męża, który patrzył na mnie. Słaby, ale szczęśliwy.
-Kochanie…-szepnąłem i pocałowałem go mocno.
Więc… klątwa została zdjęta…
-Kocham Cię.
Elusive (ulzzang Song Chan Ho)xEli (U-KISS)
Opowiadanie napisane dla mojego Skarba więc jest dla mnie ważne i długo zastanawiałem się czy tutaj je dodać więc nie zjedzcie mnie.
I tak, wiem, męska ciąża. Boże co za idiota. Już raz zostałem za to wyśmiany i zabolało mnie to. To w końcu fikcja, wszystko się może zdarzyć... Męska ciąża jest normalna jak pół elf pół anioł z domieszką psychopatycznego gwalcicielo-pedofilo masochisty także...~ Ukecian
Subskrybuj:
Posty (Atom)