wtorek, 5 listopada 2013

Zwykły obserwator


Tak więc zapytacie kim jestem? Szczerze powiedziawszy… jestem nikim. Ale chciałem opowiedzieć wam dwie całkowicie różne historie, które zdarzyły się w tym samym miejscu, a których ‘miałem zaszczyt’ być świadkiem. Może i nie miałem prawa ich widzieć, a już na pewno nie mam prawa ich opowiadać nikomu. Ale te dwie historie są idealnymi przykładami tego jakimi kłamstwami karmimy siebie nawzajem, a nawet przykładem tego, że potrafimy nawet z miłości zrobić materiał na kłamstwo.
Historie te zaczęły się na lotnisku. Właśnie czekałem na mój samolot do Francji, który (niestety) spóźniał się już dobre 2 godziny i naprawdę, nie sprawiało mi to radości. No, ale przynajmniej miałem co robić. Ludzie witający się i żegnający, unoszeni szczęściem pojawienia się ukochanej osoby, lub zabijani wiedzą, że tej osoby zaraz zabraknie, byli tak rozkosznie głupi i naiwni, że aż nie mogłem się nie uśmiechać gdy ich widziałem. Wierzyli, że na zawsze będą razem, że już nikt ich nie rozdzieli, a ich miłość jest tą najprawdziwszą na świecie. A ile z osób, które tutaj przylatywały na drugim końcu świata miało drugą tak samo naiwną istotę, która głupio wierzyła, że jest tą jedyną?
Oni byli wyjątkowi. Ten wyższy, ale na pewno młodszy (sam wygląd mi to powiedział) wyglądał na smutnego, przygnębionego mocno trzymał dłoń starszego, a w wolnej ręce trzymał bukiet pięknych, herbacianych róż. Starszy też wyglądał na zmartwionego, może nie aż tak jak jego towarzysz, ale jednak. On za to ciągnął za sobą dużą i za pewne ciężką walizkę. Patrzyłem na nich z lekkim uśmiechem, bo przypominały mi się moje stare czasy. Siedziałem dość blisko by usłyszeć ich rozmowę.
-Musze wziąć róże. Nie wpuszczą Cię z nimi na pokład.-powiedział starszy i troskliwym ruchem pogładził policzek swojego chłopca.
-Dobrze Hyung. Zabierz je.-Czerwonowłosy oddał mu bukiet patrząc jednak za nim smutno-Obiecaj, że je zasuszysz, a jak przyjadę to będę gdzieś schowane. I pokażesz mi je. Na znak, że nasza miłość nie zwiędła, a istnieje, choćby zasuszona-prychnąłem cicho na te słowa, ten mały wydawał się taki rozkoszny, wierzył w to, że ich miłość przetrwa wszystko, a może nawet wierzył w to, że był księżniczką, a ten starszy, czarnowłosy był jego rycerzem. Naiwny.
-Zasusze, obiecuje, a potem wyśle Ci ich zdjęcie. Jak wrócisz wręcze Ci je ponownie byś wiedział, że nasza miłość nadal istnieje tak jak one.-starszy uśmiechnął się lekko, a ja pokręciłem głową z pobłażaniem.
Czerwono włosy chłopak zerknął na zegarek i rzucił na swojego Hyunga zalewając łzami.
-Kocham Cię, kocham Cię. Nie zapomnij o mnie, przylece na  święta! Obiecuje! Tylko pamiętaj o mnie!-wyłkał dość głośno, a ich usta złączyły się w pocałunku, który nieco mnie rozczulił. Ale tylko nieco. Młodszy zajęty swoimi marzeniami o rychłym powrocie i spotkaniu z ukochanym nie zauważył, że ten oddając pocałunek zerknął w stronę zegara, który wisiał nad tablicą odlotów.
-Idź już mały. Nie chce byś się spóźnił. Będę Cię kochał i będę czekać.-Powiedział z wymuszoną czułością i cierpieniem czego nawet nie zauważył młodszy tak zajęty zalewaniem się nową falą rzewnych łez.
Rozstali się przy salwach szlochów, pociągnięć nosem i łkań. Pokręciłem głową ze śmiechem i już miałem wstać by pójść sobie po kawę gdy zauważyłem, że w stronę ukochanego odlatującego chłopaczka podąża z uśmiechem inny mężczyzna o złych, zmrużonych oczach.
-To dla Ciebie Kochanie.-usłyszałem głos mężczyzny, który właśnie wręczał innemu te same herbaciane róże, które przedtem odebrał młodszemu.
-Nie musiałeś. Wiesz, że nie lubie przedstawień.-mruknął tamten, ale zauważyłem, że uśmiechnął się lekko widząc kwiaty.
-Wiem, dlatego ja lubie je za nas obu-zaśmiał się i wpił w jego usta jakby byli w jakimś love hotelu, a nie na środku lotniska wśród tysięcy ludzi.
Zmrużone oczy niższego wyglądały teraz jak dwie szparki. Chwycił za rękę swojego towarzysza i wyszli razem z lotniska przy salwach moje śmiechu.
Miłość jest zimna, chamska, kłamać potrafił idealnie (najczęściej). Ale gdyby nie ona, ja niemiałbym tak cudownej rozrywki.
A więc ja, Luhan, idę teraz po kawę i mam nadzieje, że w najbliższym czasie nie trafi mnie krzywa, zimna strzała Amora



Mała podpowiedź: ZeloxYonggukxHimchan ^^
~Ukecian

niedziela, 20 października 2013

Don't Jump

 
 
„Ponad dachami jest tak zimno i ciemno

Nie widać płynących łez

Rozbrzmiewa tylko cichy szloch

Nie skacz,

Światła nie złapią Cię”

Stał na krawędzi wieżowca. Jego ciemne, splątane włosy unosiły się chaotycznie wokół głowy.  Dłońmi pocierał ramiona, cienki t-shirt nie chronił go przed zimnem nocy. Z jego oczu nie płynęły już łzy, były one puste, matowe. Był bezsilny, stracił już nadzieję. Nie widział swojej przyszłości.

Jedynymi światkami jego cierpienia były światła w dole. Błyszczące neonami miasto nie spodziewało się niczego. Ostatni ludzie krążyli po ulicach, śmiejąc się i bawiąc. Nikt nie widział chłopaka, samotnie stojącego na najwyższym budynku miasta. Nikt nie chciał go widzieć.

Jedyna łza spłynęła po jego policzku. Kryształowa kropla spadała w dół, w noc. Chłopak pochylił głowę, a przez jego twarz przemknął wyraz bezgranicznego szaleństwa, zrodzonego z bólu. Dlaczego… Dlaczego?! Powiedz dlaczego…! Co ja ci kurwa zrobiłem?! Dlaczego mnie zdradziłeś…? Dlaczego mnie zostawiłeś…? Nienawidzisz mnie, czy jesteś pieprzonym sadystą…?! Dlaczego mnie zabiłeś? Dlaczego pozbawiłeś mnie duszy?  Dlaczego połamałeś moje serce?

Zrobił jeden mały krok. Później kolejny, i kolejny. Nagle zawiał wiatr i nastała cisza. Spadając, zamknął po raz ostatni oczy. To ty mnie zabiłeś. Żegnaj ukochany…


~*~
 
Dosyć stary tekst, z którym wiąże się wiele wspomnień.
Proszę o komentarze ;p
 
Kanon Andou <3

 

Książe


To deszcz pozwolił mi marzyć, to deszcz nauczył mnie ukrywać uczucia. I teraz on zabierał mi wszystko. On odchodził z inną. Patrzył na nią tak jak kiedyś mi obiecał, że będzie na mnie patrzył. Ale to był tylko głupi test. Sprawdzał czy naprawdę woli mężczyzn… ale jednak wolał kobiety. Jakie to ironiczne. Patrzyłem za nimi ale nawet nie czułem złości czy bólu. Po prostu obejmował kobietę w pasie i szedł z nią w stronę przeciwną do strony z której przyszliśmy  razem. To wyglądało jak wymiana. Przyszliśmy razem, a teraz on odchodził z nią. To też było ironiczne. Mnie trzymał za rękę, puścił i objął tą jasnowłosą kobietę. To także było ironiczne. W sumie… ostatnio całe moje życie było przesiąknięte ironią i aż nią cuchniało. On tylko robił co mógł bym nigdy nie poczuł, że traktował mnie poważnie, nie chciał bym uważał, że między nami mogło dziać się coś więcej niż zwykły seks, czy pieszczoty czy choćby nawet czułe słowa. Jego to śmieszyło- mnie bolało. Ale trwałem przy nim by wiedział, że we mnie ma oparcie, bo rozkochał mnie jeszcze zanim postanowił zmienić to w zwykłą grę pozorów zagłuszoną jego śmiechem z moich słów, które otwierały moje serce.
Ale teraz chciałbym mu podziękować. Za to, że wiedział w którym momencie zakończyć tą błazenadę i nie sprawiać by bolało gdy będzie mówił ‘żegnaj’. Nigdy nie pokazał mi zbyt dobrego obrazu siebie i nie potrafił potraktować mnie jak prawdziwego, potrzebnego członka swojego istnienia i swojej przyszłości.
A teraz patrzyłem jak odchodził z inną i lekko się uśmiechnąłem. Niech mu się wiedzieć. Skoro jej mówił, że ją kocha, a mnie wyśmiewał kiedy wychodziło to z moich ust. Odwróciłem się i cicho prychnąłem. Niech tej dziewczynie się wiedzie, chyba nie wie z kim planuje się związać. W tym momencie zauważyłem, że jest we mnie pełno sprzeczności, a skrajność przechodzi w skrajność. Ale dobrze mi z tym, jestem kim jestem, a jeśli ktoś nie potrafi tego zaakceptować nigdy nie zagrzeje przy mnie miejsca na dłużej- tak jak on go nie zagrzał.
Odwróciłem się i nałożyłem kaptur na głowę wtykając słuchawki do uszu. Odetchnąłem głęboko z błogim uśmiechem ruszając w praktycznie nieznaną mi stronę. Niechciałem iść do domu, ani do baru, ani nigdzie, po prostu… podążałem bez celu jak samotny wędrowiec. Jednak ja nie byłem sam, miałem przy sobie muzykę, która delikatnie ukajała moje serce. Zaśmiałem się, sam Nie wiem dlaczego. Może wreszcie czułem się wolny jak ptak? Bez obaw, że jeśli pójdę do mojego chłopaka znowu nie otrzymam czułości tylko śmiech imprezy i… no cóż, brak jego dla mnie.
W tej chwili nie przejmowałem się niczym, nawet tym, że wchodze na ulice, a w moją stronę pędzi auto. Kiedy to dostrzegłem było za późno. Zacząłem krzyczeć i poczułem ból. Jednak… leżałem na kimś. No cudownie! Wyśniłem sobie to, że on odszedł, a tak naprawdę leże na nim i śpie… ale coś mi nie pasowało. Otworzyłem oczy i zobaczyłem faceta który wybiegł z auta krzycząc i gestykulując, ale co on mnie tam obchodził? Ważniejszy był Książe pode mną, który rozmasowywał sobie głowę.
Prawdziwy Książe


[Od autora]:
Tak jakoś się wzięło i się samo napisało ;p

I teraz pytanie czy to kontynuować ;)
~Ukecian

sobota, 19 października 2013

Iluzja


Słyszałem jego delikatny głos. Jestem pewien! On tutaj jest! Tylko czemu, do cholery, jest tak ciemno?! Gdzie to słońce?!
-Kibum!-warknąłem najgłośniej jak umiałem. Zamiast jego głosu odpowiedział mi cichy szelest po lewej. Co on sobie w ogóle wyobrażał?!-Key! Nie baw się ze mną!-warknąłem nie za bardzo zadowolony.
Już nieźle nabuzowany ruszyłem po omacku w stronę kolejnego, tajemniczego szelestu. Uderzyłem o kant stolika kiedy tylko się poruszyłem.
-Kibum!-warknąłem lodowatym głosem. To mi się wcale nie podobało.-jeśli zaraz nie zaświecisz tego światła to stanie  się coś złego. I to nie koniecznie mi.
Z boku rozległ się chochlikowaty śmiech, a ja od razy tam wystrzeliłem trafiając na próg i wykładając się.
-Kurwa mać! Key! Czuj się zgwałcony! Już nie żyjesz!-krzyknąłem podnosząc się i rozmasowywując  kolano.
Jakiś cień mignął obok. Westchnąłem ciężko, a moje oczy wreszcie przyzwyczaiły się do ciemności.
-Kibum, musze coś Ci powiedzieć.-westchnąłem zrezygnowany i coraz bardziej zirytowany. Nie usłyszałem odpowiedzi, tylko cichy szelest obok mnie i świst powietrza.
-Ja naprawdę musze Ci coś powiedzieć!-warknąłem w pustkę i odetchnąłem głęboko
Teraz albo nigdy. Albo raczy mnie wysłuchać, albo tylko się zbłaźnię. To i tak nie pierwszy raz kiedy będę się błaźnił. To wcale, a wcale nie leżało w mojej naturze, ale dla tej Divy mogłem poświęcić wiele. Wciąż zastanawiające było to co tu się działo. Brak jakiegokolwiek źródła światła. Wzrok może i już przyzwyczaił się do tej ciemności, ale to nic nie dawało, wszystko wydawało się takie odległe, złe i zimne. Mogłem zastanawiać się w ogóle gdzie jestem- nie było to ani studio, ani budynek zarządu, ani dorminatorium- ale moje myśli krążyły raczej przy tym jak się tu znalazłem, a tym bardziej dlaczego sądziłem, że jest tu ze mną Kibum…
W tym samym momencie moje myśli zwiódł śmiech Divy. Tak dobrze słyszalny, tak czysty i prawdziwy.
-Sam tego chciałeś-warknałem i stanąłem w miejscu biorąc głęboki oddech przymykając oczy.-Kibum , wiem, że pewnie i tak mnie nie zechcesz, że i tak tego wszystkiego nie zaakceptujesz i karzesz mi odejść, ale po prostu chce byś wiedział. Tylko tyle. To da mi wreszcie spokój, może w końcu się wyśpie, a ten kamień spadnie mi ostatecznie z serca. To nie tak, że nie jestem tego pewien, to nie tak, że nie walczyłem ze sobą. Uciekałem się nawet do chodzenia na 5 randek dziennie. Ale to nic nie dawało, już nawet nie chce walczyć o siebie. Będę walczył o Ciebie byś był szczęśliwy i spełniał marzenia. Pomogę Ci w tym, zmienie się i zrobie co w mojej mocy by Twój świat był lepszy. Zespół, chłopaki są częścią naszej, małej rodziny, ale to o Ciebie chce troszczyć się najlepiej jak potrafie. Już więcej nie będę musiał patrzeć jak cierpisz, sam dopilnuje tego byś nigdy nie cierpiał. Tylko… nigdy nie odchodź, bądź chociaż obok, patrz na mnie czasem, po prostu bądź. Najbardziej w życiu boję się braku Ciebie. Nie odchodź, Kocham Cię.-wyrzuciłem coraz bardziej przybity.
I nagle wszystko zaczęło się zmieniać. Czerń rozjaśniły jakieś czerwone światła. Coś, jakby mgła, nagle zaczęło opadać. Rozejrzałem się, a w mózgu odblokowały się jakieś drzwi. Przede mną za szybą stał menadżer, obok niego prezes i jeszcze kilka innych osób. Wszyscy mieli takie same zdziwione miny. Rozejrzałem się i zrozumiałem, że to była tylko iluzja…
-Wyprowadźcie go stąd i dopilnujcie by nie zrobił czegoś głupiego-mruknął prezes przyciskając uprzednio jakiś przycisk-aha… i dawajcie następnego…



[Od autora]:
Wiem, że długo nie było żadnych postów i w ogóle, ale moja wena postanowiła wyjechać w podróż dookoła świata, albo jak to nazwała moja kuzynka 'w podróż poślubną z yuri'. Umma także nic nie dodaje ponieważ jej laptop odmówił posłuszeństwa (parszywiec jeden)

Co do pewnego komentarza. Przepraszam za moje błędy. Dla was mogą być one rażące, jednak ja mam problemy z ortografią i interpunkcją i z tym wszystkim, dlatego nie wiem czasem że tu czy tam robie błąd.Wszystkich za to przepraszam, że jest dużo błędów i za wszystko inne.
Co złego to nie ja ;)~ Ukecian

wtorek, 30 lipca 2013

Z pamiętnika Key



Paring: Jonghyun x Key (SHINee)


Z Pamiętnika Key

23.12.2012 rok
godzina: 02:45

Hej, to ja, Key. Znowu. Tak samo jak "znowu" Jego nie ma w domu. Pewnie znowu poszedł pić. Wódka, panienki i zabawa teraz są dla Niego najważniejsze. Nie wiem co się z Nim stało. Gdzie stary, dobry Jonghyun? Leże w łóżku i znowu nie mogę zasnąć. Minho leży pod spodem i cicho pochrapuje. Takiemu to dobrze, niczym nie musi się przejmować. Chce żeby Jonghyun już wrócił. Pijany, czy nie- nie musiałbym się tak martwić.
A tak. . . jutro wigilia. Mieliśmy ją spędzić wszyscy, w 5 jak co roku. Miał być śmiech, życzenia, zabawa i wspólnie spędzony czas. Co będzie? Leczenie Jonghyuna z kaca, pilnowanie go by nie poszedł się znowu upić i uspokajanie Taemina by nie płakał, że z jego Hyungiem wszystko jest w porządku. Ale nic nie było w porządku. Nikt nie wiedział co stało się z Jonghyunem, dlaczego tak nagle muzyka zaczeła go kompletnie nie ochodzić, gdzie kiedyś była całym jego życiem? Czy coś zmieniło się w jego domu, czy coś stało się z jego rodzinom, czy chłopcy i ja zrobiliśmy coś co zraniło go tak, że nie wie teraz co ze sobą zrobić?


24.12.2012 rok
godzina: 19:35
Było trochę lepiej. Hyung zrozumiał, że musimy dzisiaj być jak rodzina, że to szczególny czas, że mimo wszystko powinien jakoś się zachować. I zrobił to. Nie pił, przynajmniej sie starał jeśli nie policzyć mu tego likieru, który wypił kiedy Onew był zajęty rozpakowywaniem swojego prezentu potajemnie, a ja i chłopaki krzątaliśmy się po kuchni. Taemin znowu się uśmiechał, nawet przytulił Jonghyuna czego nie robił od dawna tłumacząc się, że Hyung jest spocony, że jest zmęczony, że chce przytulić Onew. Byłem jedynym, który znał prawdę. Wiele razy słyszałem jak Taemin płacze w jego i Jonghyuna pokoju. Musiałem wtedy przychodzić, ocierać jego łzy i przytulać do siebie, bo czarnowłosy spał jak zabity i nawet słonie by go nie obudziły. Taemin nie chciał przytulać Hyunga na dobranoc, na dzień dobry i w każdej innej sytuacji, bo zioneło od niego alkoholem co skutecznie odstraszało Maknae.
Zdawałem sobie jasną sprawę z tego, że z Hyungiem trzeba było coś zrobić, ale ani ja ani żaden z członków zespołu nie mógł nic zrobić. Kiedyś. . . ehh. . . tak, kiedyś. . . chciałem mu powiedzieć, chciałem. . . nawet bardzo. . . mogło być cudownie, alebo w sumie moje życie mogłoby stać się koszmarem. W sumie nic by się nie zmieniło, bo teraz też nim się stało.
Musze kończyć. . . Onew Hyung woła, że musze w końcu rozpakować swój prezent i złóżyć swoje życzenia.
Nie chce. . . pierwszy raz w życiu nie chce prezentu od przyjaciół, a tym bardziej składać im życzeń.

25.12.2012 rok
godzina: 15:50
Minho przyłapał Jonhyuna jak próbował wymknąc się z domu. . . znowu. To już chyba 50 raz kiedy to robi. Onew Hyung zebrał się cały w sobie i próbował z nim pogadać, ale nic do niego nie dociera. Dlaczego tak musi być? Kiedy zaczął się awanturować Taemin zatrzasnął się w pokoju i nikogo nie chciał wpuścić. Hyung nawet nie zdawał sobie sprawy co robił z naszym życiem. Jak bardzo niszczył zespół i to co do tej pory stworzyliśmy. Patrzyłem na to wszystko z boku i nie wiedziałem co robić, jak miałem pomóc sobie i moim przyjaciołom, każdy liczył na mnie, w końcu to ja znałem Jonghyuna najlepiej, w końcu to ja miałem z nim najlepszy kontakt i najbardziej ufał właśnie mi. Chciałem z nim porozmawiać, wytłumaczyć, ale tak by zrozumiał.
Może to właśnie trzeba było zrobić? Powiedzieć, doradzić, pomóc mu znaleźć wygodną drogę, może wtedy przestałby pić, może wszystko wróciłoby do normy, może znowu bylibyśmy jak kochająca się rodzina.
Jutro z nim porozmawiam. Tak tym razem na pewno, zbiorę się w sobie i kiedy Taemin będzie na ćwiczeniach pójdę do niego i porozmawiam z nim szczerze i w cztery oczy.

26.12.2013 rok
Godzina: 03:30
Wyszło na to, że nie tylko Taemin płakał tego dnia, że nie tylko jego tego dnia zranił Hyung.
Zaczynając od początku. Taemin chciał wejść do pokoju po swoje rzeczy, chciał iść pobiegać co było normalne w jego przypadku, ale Hyung oczywiście był zalany w trzy trupy i najpierw nie chciał go wpuszczać do pokoju mówiąc, że jest wyrodną dziwką i, że on takiej wcale, a wcale nie potrzebuje. Dobrze, że Onew Hyung miał klucz do ich pokoju i otworzył dla Taemina drzwi. Chłopiec tylko porwał rzeczy i wybiegł z domu. Było pewne, że gdzieś się zaszył, albo poszedł do Heechul hyunga się wypłakać. Wkurzyłem się. Byłem Ummą zespołu, to do czegoś zobowiązywało. Musiałem mu nagadać, albo ja albo nikt. Rozmawiałem z nim. Długo. To znaczy raczej ja mówiłem, on klną, ja krzyczałem, on mnie wyzywał. Powiedział, że chciałby mnie wyruchać. Kiedyś chciałbym tego, teraz, chciałem by stulił pysk i zniknął i już nikogo nie ranił. Kochałem Hyunga, tak potrafie to przyznać. Ale nie tak jak chłopaków. Kochałem go naprawdę chciałem z nim być, być z nim szczęśliwy, albo taić to w sobie by Hyung mógł szczęśliwie żyć, ale Jonghyun sam niszczył sobie życie. Wykrzyczałem mu w twarz, że nie ma tak prawa mówić, tak jak nie ma prawa mówić do Taemina, że jest dziwką, bo to nie prawda. Lecz Hyung oczywiście wiedział lepiej i zanim się spostrzegłem uderzył mnie, a później pocałował. Bolało. Tak cholernie bolało. Miałem ochotę go odepchnąć i też go uderzyć, ale nie potrafiłem tego zrobić. Przywarłem na długo do jego warg zapominając na chwile jakim jest dupkiem i jak rani wszystkie osoby po kolei które się o niego martwiły. Zapomniałem nawet o tym jaki był cudowny zanim się zmienił, zanim stał się chamem i głupkiem, jaki był kochany, słodki i czuły, jaki nie dawał żadnego z nas skrzywdzić, bo wydawało się mu że powinien nas bronić przed wszystkimi i wszystkim. Kiedy w końcu zebrałem się na odwagę i odepchnąłem go od siebie ten tylko zatoczył się, a ja wybiegłem ze łzami z pokoju. Usłyszałem za sobą już tylko głośne: „Key jesteś totalną świnią” i jego głupi śmiech.

29.12.2013 rok
Godzina: 15:16
Hyung zniknął. Nie ma go. Szukamy go już drugi dzień. Wyszedł przedwczoraj rano i jeszcze nie wrócił. Szukaliśmy go cały dzień. Wszyscy. Kiedy rano, przedwczoraj wyszedł był całkowicie trzeźwy co było dziwne. Znowu powiedział mi, że jestem taki śliczny i „lśniący” kiedy się uśmiecham. Jak dobrze, że nie wiedział co zrobił przedwczoraj. Wyszedł i nikt nie podejrzewał go o to, że ucieknie, bo mówił, że idzie do menadżera. Ale kiedy koło dziewiątej rano następnego dnia nie było go w domu, a Onew hyung dowiedział się od menadżera, że Jonghyuna wcale tam nie było wszyscy przeraziliśmy się nie na żarty. Szukaliśmy go cały dzień. Onew podzielił nas na grupki. Obaj dongsaengowie szukali na obrzeżasz, a my z Hyungiem w środku Seulu. Nigdzie go nie było, kiedy wróciliśmy pod wieczór Hyung kazał nam coś zjeść i kłaść się do łóżek, bo jeśli Jonghyun nie wróci to pójdziemy go od rana szukać. Nie mogłem na to pozwolić. Zjadłem coś, a raczej wmusiłem w siebie i poszedłem do pokoju udawać, że śpie, kiedy byłem pewny, że reszta jednak usneła wymknąłem się z domu i chodziłem po różnych klubach, zaułkach, modląc się, by w żadnym z nich nie leżał pobity, nie daj Boże nieżywy Hyung. Prawie pobili mnie jacyś pijani faceci, ale udało mi się uciec. Hyunga nigdzie jednak nie było. Przepadł jak kamień w wodę. Koło 4 rano postanowiłem wrócić do domu tak by nie zbudzić chłopaków. Jednak kiedy podeszłem pod dom okazało się, że w kuchni pali się światło. Drzwi od domu były otwarte. Nie, jednak nie wierzyłem w to, że Jonhyun wrócił. Okazało się, że to Onew Hyung czekał na na mnie w kuchni. Powiedział, że nie powinienem szlajać się w nocy tylko dlatego, że mój przyjaciel z niknął, bo wtedy i mi mogłaby stać się krzywda.
Teraz on i dwóch dongsaengów chodzą po mieście i szukają Jonghyuna, a ja zostałem zamknięty w domu, bo tylko plącze się pod nogami z niewyspania i tylko bym im przeszkodził zamiast pomóc.

30.12.2012 rok
Godzina: 03:30
Hyung. . . Jonghyun Hyung. . . on. . . nie żyje. . . Chłopaki go znaleźli, przyprowadzili do domu. Okazało się, że po pijaku znalazł w lesie domek i stwierdził że jest Kopciuszkiem, który w nim zamieszka. Jakiż on zabawny. . . Hyung, co Ty zrobiłeś?! Po prostu kiedy przyszli stwierdził, że chce się umyć, a nikt za niego, ani z nim tego nie zrobi. No więc daliśmy mu to pięć minut na prysznic, dłużej nigdy go nie brał. Kiedy nie schodził do nas coś mnie zaniepokoiło. Poszedłem na górę z Minho i zapukałem grzecznie. Nic. Głucha Cisza. Dobijaliśmy się długo dopóki Minho dongsaeng nie stwierdził, że trzeba wywarzyć drzwi. Kiedy wreszcie dostaliśmy się do środka okazało się, że. . . Jonghyun Hyung się powiesił. Próbowaliśmy go ratować. Taemin zemdlał więc Minho zabrał go do pokoju. Jjong jednak nie żył. Dlaczego to się stało>! Dlaczego?! Z jego kieszeni wystawała jakaś karta. Na niej napisane było „do Key”. Wybiegłem z domu, nie mogłem tego tam przeczytać. Tam gdzie umarła miłość mojego życia. W chatce, w której Jonghyun spędził ostatni dzień dopiero otwarłem list. Od razu kiedy zobaczyłem pochyłe, trochę niewyraźne pismo Hyunga po moich policzkach stoczyły się słone łzy.
„Drogi Key.
Jestem trzeźwy. Hura. Wreszcie. Pewnie byś się ucieszył. . . gdybym powiedział Ci to w twarz. Widziałeś mnie ostatnio trzeźwym. Uśmiechałeś się. Naprawdę. Byłem taki szczęśliwy, a co, sam przecież to zniszczyłem więc dlaczego mam żal do Ciebie nie do siebie? A no tak, przecież wszyscy są winni tylko nie ja. Wtedy właśnie pisałem. . . pisze ten list. Wtedy właśnie. . . Key przepraszam. . . znalazłem Twój pamiętnik. Wiem! To twoja własność! Nie powinienem go nawet tknąć, ale pokusa była wielka. Silna, silniejsza ode mnie, więc wziąłem go. Czytałem kartka po kartce, słowo po słowie. Raz czułem się szczęśliwy, a raz jak śmieć.
Byłem szczęśliwy, bo. . . odwzajemnisz moje uczucie mimo wszystko, mimo, że nie wiesz, że także Cię kocham, że kocham Cię tak mocno, że zapijam się żeby zapomnieć o Twoim istnieniu.
A potem. . . byłem śmieciem. Czytałem, jak bardzo Cię ranie kiedy nie jestem świadomy swoich czynów, jak sprawiałem, że cierpiałeś i płakałeś. Jak obrażałem, nie tylko Ciebie, ale i reszte moich przyjaciół. Gdzie w tym czasie był prawdziwy ja. . . gdzie był, kto go zabrał, chyba ten ja, który myślał, że picie załatwi wszystko. Chciałbym zmienić, naprawić wszystko, wszystko, dosłownie. Chciałbym zacząć życie od początku z Tobą i naszymi przyjaciółmi, chciałbym by było inaczej, dlaczego wiem, że nie mogę tego zmienić? Dlaczego czuje, że już tyle rzeczy zniszczyłem, że żadnej już i tak nie naprawie? Ale jednak nie chce trzeźwieć, nie chce patrzeć na was po tym wszystkim co zrobiłem.
Dlatego postanowiłem tozrobić Key, zrobić i nie żałować. Przecież wiem, że wtedy będę mógł się Tobą zatroszczyć lepiej. Wtedy już nie będę miał wyrzutów sumienia, że Cię smuce, bo nie będę miał jak. Zobaczysz, wszystko będzie lepsze, lepiej będziesz żył, będziesz szczęśliwy, a ja. . . ja wreszcie dam wam spokój, nie będziecie się martwić.
Przepraszam Key. Przepraszam Kibum. Za wszystko. Nie wybaczaj mi. Ale nadal mnie kochaj. Nie do końca, tylko znajdź sobie kogoś, byś był szczęśliwy. Ale kochaj mnie na razie tak jak pisałeś, że mnie kochasz.
Żegnaj”
Kiedy skończyłem czytać już nic nie widziałem, nie wiedziałem, ani nie słyszałem. Spojrzałem tylko pod stare, zniszczone łóżko i znalazłem do połowy wypróżnioną butelkę alkoholu.

czwartek, 4 lipca 2013

Bo bez ciebie, ja nie istnieję.

Paring: Uruha x Ruki (the GazettE)
Beta: Kim Sherleen


 Kiedyś obiecywaliśmy sobie nawzajem, że będziemy ze sobą do końca. Obiecywaliśmy sobie wierność i miłość. Pamiętam, jak szczęśliwe były twoje oczy tego dnia. Całowałeś mnie tak namiętnie. Twoje słodkie usta na mych wargach na zawsze pozostawiły ślad. Obiecywałem ci, że nikt poza tobą ich nie dotknie, że pozostaną tylko twoje do samego końca, na wieczność. Ty przysiągłeś to samo i dodałeś, że nasz koniec nastąpi razem. Bo przecież jeden, bez drugiego będzie niczym.
Ja wypełniłem swą obietnicę. Ty jednak nie dałeś rady. Nie mówię, że to twoja wina, wiem że tak nie jest. To nie ty spowodowałeś tamten wypadek. To pijany kierowca wjechał w ciebie. Pamiętam jak stałem w szpitalu, przy twym łóżku. Twe zamknięte oczy, blada twarz. Miałem resztki nadziei, jednak wtedy przyszedł ktoś i zburzył mój świat. To cierpienie wyryło mi się na zawsze w pamięci: przyszedł lekarz i powiedział chłodno, że to koniec. Nie przeżyjesz. I wtedy do końca rozbił się mój świat. Miałem nadzieję, że to tylko głupi żart. Błagałem, byś nie odchodził, lecz twojego ducha już tam nie było.
Obiecywałeś, że nasz koniec nastąpi razem, pamiętasz? Tak się nie stało.
I umarłeś. Dokładnie rok po naszej obietnicy, tego samego dnia i o tej samej godzinie. Nawet nie wiesz, jak bardzo cierpię, jak za tobą tęsknię. Jednak wiem, że słowa ‘błagam, wróć’ nie dadzą nic. Nie spodziewałem się, że przez tyle czasu można płakać. Mogę jednak powiedzieć jedno, ilość czasu spędzonego bez ciebie, i ilość wypłakanych przeze mnie z tęsknoty łez, nie ukoiły mojego bólu ani trochę. Jest wręcz przeciwnie, ten ogień trawi mnie coraz bardziej. Nie spodziewałem się, że istnieje aż tak silny ból. Jednak to wszystko sprowadza się do jednego - ciebie już nie ma, pozostałem sam. Wbrew naszej przysiędze. Wbrew naszej woli.
A teraz siedzę samotnie w naszym mieszkaniu. Tu jest tak pusto. Bo bez ciebie nie ma nic. Bez ciebie ja nie istnieję. Jestem już tylko pustym wrakiem. Wokół mnie stoją puste butelki po alkoholu. Z moich nadgarstków spływa, czerwonymi strumyczkami, krew. W ręce trzymam nasze ostatnie zdjęcie. Zrobiliśmy je kilka dni przed tym, zanim odszedłeś. Chciałbym płakać, jednak już nie mogę. Przez ostatni rok, po twej śmierci, wylałem już za dużo łez. Już więcej nie zniosę. Bo ja bez ciebie nie istnieję. Jedyne co mi teraz pozostało, to czekać aż śmierć i po mnie przyjdzie. Czekam, by tylko móc wtulić się w jej czarne ramiona i dołączyć do ciebie.
Powoli ogarnia mnie ciemność. Boje się. Ale czekam, czekam by móc znowu cię zobaczyć, poczuć twe usta. Tęsknię. Pamiętaj, cokolwiek się wydarzy będę cię kochać, na zawsze. Zrobię wszystko, byśmy byli razem.

Kocham cię Takanori, kocham ponad życie.

***

Dzisiaj odbył się pogrzeb Uruhy. Mimo swojej miłości, Takanori i Kouyou, zostali rozdzieleni. Tak wyglądała ich historia. I nic już nie będzie wstanie jej zmienić.
Po tym, gdy znaleźliśmy martwego Kouyou, ściskającego w ręce zdjęcie Rukiego i swoje, nie mogliśmy postąpić inaczej - został pochowany razem ze swoim ukochanym w jednym grobie. Mimo przeciwności kochankowie, chcieli być na zawsze razem. My spełniliśmy tylko ich ostatnią, niewypowiedzianą na głos prośbę.
Wpis ten, który znajduje się na ostatniej stronie wspólnego pamiętnika Uruhy i Rukiego ma zamknąć ich historię. Ich miłość przetrwała wszystko, nawet śmierć. Mam nadzieję, że jesteście już na zawsze razem, na zawsze szczęśliwi. Będę za wami tęsknił przyjaciele.

Yutaka Tanabe - Kai

środa, 26 czerwca 2013

Twój własny świat

Paring: Tao x Kris (EXO)

Sam już nie wiedział… to był dzien czy noc… żadnej różnicy. W myślach wciąż przeklinał dzień w którym wybrał dzielenie pokoju z Krisem. Ten od nieprzerwanie bitych trzech godzin przesiadywał na portalach, gdzie poznawał nowych ludzi, niewyjawiając im ani rąbka swojej prawdziwej tożsamości. Nieco zdenerwowany, ale mimo wszystko zauroczony wpatrywał się w niego. Zamyśloną twarz, skupione oczy, zgięta nad laptopem posturę. Kris był przystojny. Bardzo przystojny. W oczach Tao uchodził za swego rodzaju męski wzór.
-Kris… idź wreszcie spać.-mruknął niewytrzymawszy w końcu następnej minuty wpatrywania się w błądzące po klawiaturze palce starszego.
-Tao… to Ty jeszcze nie śpisz?-starszy z dwóch mężczyzn rzucił troskliwe spojrzenie w stronę swojego lokatora.
-No raczej nie.-burknął urażony samolubnością Krisa.-jak mam spać kiedy ty tak mocno walisz w te klawisze, a światło od laptopa jest tak mocne, że przykrycie głowy dwoma kołdrami nic nie daje?
-Przepraszam. Jeszcze tylko chwila i już się kładę!-zapowiedział żarliwie Kris i z powrotem wrócił do szaleńczego czatowania. Jednak jego ‘chwila’ zmienił się na godzinę, aż w końcu Tao zasnął mimo to za bardzo znużony dniem. Kiedy tylko obudził się następnego dnia-okazało się, że jego gege siedzi już przy swoim laptopie i nieprzerwanie coś pisze, a dźwięki klawiszy przerywane są tylko dźwiękami spacji lub entera. Zmęczony i niewyspany Tao złapał się za głowę i zaklął cicho. Miał teraz wielką, nieprzymuszoną ochotę na to by wydrzeć się na Krisa i jego fanaberie i zachowanie z ostatnich tygodni. Jednak nie był aż tak mało inteligentny by to zrobić. Wiedział, że przecież to i tak nic nie da. Postanowił więc sięgnąć po ostrzejsze środki. Wyciągnął z pod poduszki swojego smartfona i sprawdził połączenie z Internetem. Kątem oka zerknął na stronę na, której przesiadywał starszy i zaraz się tam zalogował. Zanim jednak zauważył swój błąd już był użytkownikiem Xióngmā, a raczej… użytkowniczką. Przeklął swoje niedopatrzenie i działanie w pośpiechu, ale postanawiał nie powtarzać tej czynności od nowa. Teraz pojawił się już tylko jeden problem.
-Gege… z kim piszesz?-zapytał przymilnie i zerknął mu przez ramie, zanim ten zdążył zabrać laptopa.
-Nie twoja sprawa.-burknął cały czerwony Kris i odczekał chwilę dopóki tawścibska panda nie odwróciła się. ‘Kris’… cóż za wytworny, pomysłowy i zaskakujący login, ale czego się można było spodziewać po czarnowłosym, który tylko chciał poznawać ludzi, a nie robić na nich jakiegoś wielkiego, niezatartegowrażeni. Szybko odnalazł go w grupie dostępnych i chwilę się zawahał. Czy właśnie to mogło mu pomóc przywrócić dryblasa do świata żywych nieumartych? Czy to naprawdę spowoduje, że Kris zacznie na nowo się nim i resztom chłopaków przejmować? Zerknął na niego i jego pogrążoną w zamyśleniu twarz, po czym kiwnął głową dla dodania sobie otuchy. Odzyska go dla nich wszystkich. ‘oppa’-brzmiała pierwsza wiadomość. Niby banalna, ale zaraz zmusi Krisa do myślenia. ‘skąd wiesz, że jestem starszy?’-odpowiedź pojawiła się po chwili i wywołała uśmiech zadowolenia na ustach blondyna. ‘po prostu to wiem’-napisał pewnie chcąc zachęcić Krisa do kolejnych wiadomości. ‘aha… Xióngmāo… kim jesteś?’-więc Kris nie bawił się w krótkie wiadomości, owijanie w bawełnę i zbytniego niespoufalania. ‘a ty kim jesteś oppa?’-jeśli starszy teraz napisze mu prawde to się chyba skończy. Starszy zerknął na swojego lokatora by upewnić się czy tamtego nie rozbudziło głośne stukanie. Na szczęście blondyn zdążył schować telefon pod poduszkę. Kris czuł się trochę, ale tylko troszeczkę podle wiedząc o tym, że jego dongsaeng nie wysypia się od paru dni przez jego nowe, a już ulubione zajęcie. ‘kimś, czy właśnie to cię interesuje?’-Kris chyba nie miał zamiaru odpuszczać tej rozmowy i osoby. Inni już dawno stwierdziliby, że nie ma sensu rozmawiać. ‘nawet nie wiesz jak bardzo. Widze cie tu dość często, mimo iż sam…’-czy on musiał się pomylić do cholery?!-‘… sama zalogowałam się tu dopiero dzisiaj.’ ‘no to pewnie stała bywalczyni . No wiesz, lubie to i tamto, jestem tym i tamtym, zajmuje się tamtym i tym.’ Tao przeklął w duchu głupie odpowiedzi Krisa. Czy on chociaż raz nie mógłby odpowiedzieć jak na normalnego człowieka przystało?! Nawet nieznajomej dziew…dziewczynie. Tak to była jego wina, ale jak już zagłębił się w tą pasjonując rozmowę to postanowił się trochę powkurzać, a później odpuścić sobie i jakoś to przeboleć. ‘a i pewnie mieszkasz tu i tam, przyjaźnisz się z tymi i tamtymi i jeździsz czymś i czymś innym’-Tao wywrocił oczami ‘no prawie jakbyśmy znali się od lat!’ Od tygodnia ciągłe konwersacje z Krisem przez Internet. W domu prawie ze sobą nie rozmawiali tak naprawdę naprawdę. Tao zbywał za każdym razem kiedy widział go z laptopem lub telefonem w ręce. Specjalnie dla niego kupił nową kartę do telefonu by on mógł popisać sms’y z głupią postacią dziewczyny idealnej, którą dla niego wykreował . A sam… co się z nim działo?! Na widok Krisa serce biło mu mocniej, jego oddech stawał się gorący, a wzrok podążał tylko za dryblasem… Więc to to była ta tak zwana miłość?... Ta odwzajemniona, ale jednak nie. Czy to właśnie na zakochaniu się w czarnowłosym chłopaku mu zależało, kiedy wmawiał sobie, że odzyska go dla siebie, dla zespołu? Może właśnie o to mu chodziło, a teraz nie wiedział jak to odkręcić. Co zrobić by Kris przestał kochać tą głupią pandę-dziewczyne, którą sam stworzył, wyhodował, a teraz chciał ‘zabić’. Właśnie… zabić. ‘Kris oppa… wyjeżdżam… daleko, do Anglii. Nie będziemy mogli ze sobą pisać… tak bardzo mi przykro.’-napisał tego sms’a najszybciej jak potrafił i od razu wysłał. Bał się, że jeśli tego nie zrobi, szlag trafi jego postanowienie i znowu zostawi dziewczynę dla Yi Fana, by go nie ranić i nie sprawiać mu bólu. ‘co?! Jak to?! Dlaczego?! Zostań tu ze mną!’ Tao zabolało to bardziej niż się tego spodziewał. Więc… więc Kris naprawdę zakochał się w postaci, którą sam wykreował. W dziewczynie… po jego policzkach spłynęły łzy i miał ochotę by wybiec z domu i pobyć samemu, ale nie mógł, było już późno i wszyscy by się martwili, a fanki pod ich domem zdarłyby z niego nawet skórę. ‘Przepraszam oppa… musze już kończyć. Żegnaj’ Może miał jeszcze ochotę by wytłumaczyć mu to wszystko, ale… nie miał już na to siły. Chciał cofnąć czas do głupiej chwili, w której postanowił to zrobić. Najgłupszą chyba rzecz w jego nędznym życiu. Co on sobie myślał, kiedy zaczął pisać ze starszym, dlaczego nikt inny się za to nie zabrał, tylko on, dlaczego wierzył, że Kris wróci, a może nawet… się w nim zakocha tak? Był naiwny jak dziecko, a nawet bardzie. Niby miał już te swoje lata, ale jakoś nie mógł przyjąć do wiadomości, że mężczyzna nie przyjmie jego uczuć i ich nie odwzajemni. W końcu Kris wolał dziewczyny… ładne, zgrabne, uśmiechnięte rudowłose modelki. A nie… pandy o wiecznie zmrużonych oczach, z prawie niezauważalnym uśmiechem i wlepionym w niego spojrzeniem. Nie sprawdził nawet co odpisał mu gege, tylko od razu usunął kartę z telefonu, złamał, a telefon rzucił w kąt, który na szczęście poleciał na fotel. Otrząsnąwszy się nieco poszedł do pokoju by wziąć długą kąpiel i położyć się spać. Tą noc spędzi w salonie na kanapie, by nie musieć patrzeć na załamanego Krisa i jego próby dotarcia do ‘dziewczyny’. Rozmasowywał skronie dla uspokojenia, co nie przynosiło zbytnich rezultatów. Otworzył drzwi i zastał całkowitą ciemność. Coś było nie tak… przecież jeszcze 5 minut temu widział jak Kris tu wchodził i na pewno jego laptop po tej chwili musiał być włączony, a starszy ze sprzętem na kolanach powinien siedzieć na materacu. W pokoju panował zbyt podejrzany spokój, ale to nie mogło trwać za długo… Zanim zdążył pisnąć coś, a raczej ktoś wciągnął go do ciemnego pokoju i przytrzymał za rękę by nie włączył światła. Tao aż drżał wystraszony tym co teraz mogło się stać. Nie wiedział z kim jest w pokoju i jak może się wywinąć. Wushu było po drugiej stronie pokoju więc to odpadało. W tej chwili poczuł charakterystyczne tylko dla jednej osoby uściśnięcie-samymi końcami palców, dość mocno-i dokładną miękkość jego palców, które znał na pamięć. Osobą tą nie mógł być nikt inny niż jego współlokator.
-Witaj Xióngmāo.-Tao zadrżał-późno wracasz do pokoju. Już dawno powinnaś spać.
-Tak, no, ale byłem zmę…-Zitao zatrzymał się, a jego oczy powiększyły się ze zdziwienia i teraz świeciły dokładnie oświetlone przez światło latarń ulicznych. Kris… gege… powiedział do niego ‘powinnaś’.
-Tak Xióngmāo, wiem o wszystkim.-uśmiechnął się dumny Yifan.-nie myśl, że nie wiedziałem pandzioszko. Panda zarumieniła się i szarpnęła mocno by wyrwać się z uścisku starszego i wybiec z pokoju. -Nie, nie, nie. Zostajesz tutaj mały kłamczuszku. I będziesz mnie znosić całą noc.-zawyrokował gege, nadal ze zbyt wrednym uśmiechem Chłopak poczuł jak ściska mu się gardło, a do oczu napływają łzy. Lider teraz karze mu patrzeć jak będzie romansował i rozmawiał z kobietami w sposób zbyt seksowny. A on… wcale nie chciał widzieć osoby której oddał serce jak robi coś taki i mówi takim seksownym tonem, którego on nigdy nie usłyszy skierowanego do siebie.
-Nie chce. Pójdę dzisiaj spać na sofie, bo chce się wreszcie wyspać. I przepraszam za ten problem, którego ci przysporzyłem. Myślałem… myślałem, że dzięki temu cie odzyskamy.-mruknął i znowu się szarpnął. -Chwila nieznośna pando.-odwrócił go do siebie i spojrzał mu w oczy
-Przyjąłem twoją miłość jako plastikowej modelki, bo wiedziałem, że to mój mały Tao, to teraz nie uciekaj przede mną i przyjmij moją, a obiecuje, że następne noce spędzimy bez laptopa tylko we dwoje. Bo cie kocham kłamczuchu jeden!-Kris zaśmiał się i wpił czule w jego usta, a Tao… cóż.