czwartek, 30 stycznia 2014

Świąteczny- spóźniony


Odkąd pamiętam w święta zawsze coś traciłem. Czasami bardzo cennego, czasami mniej. Kiedy byłem mały, od razu po wigilijnej kolacji, zdechł mój pies (nie, nie dawaliśmy mu nic dziwnego do jedzenia), w wieku lat 13 straciłem dziadków, którzy jechali jechali do nas na wigilię. W wieku lat 15 straciłem rodziców.. wracając z pasterki potrącił ich pijany kierowca- do tej pory nie został odnaleziony. W wieku lat 16 straciłem dziewczynę i godność- zakochany w jej bracie, dzięki niej zostałem upokorzony i traktowany jak śmieć w sierocińcu- ponieważ w wigilijny wieczór powiedziałem jej prawdę licząc na ‘cud’ w ten ‘magiczny’ dzień. Dzięki tej dyskryminacji, po fakcie dokonanym i szykanowaniu, dowiedziałem się prawdy o sobie. W końcu jednak nie wytrzymałem-uciekłem. W wieku lat prawie 18 wyszedłem za najcudowniejszego mężczyznę na świecie. Wreszcie poczułem się choć trochę szczęśliwy. Nikt z sierocińca już za mną nie ganiał, bo mój wybranek miał 22 lata i mógł spokojnie się mną zając. Byłem szczęśliwy i spokojny pozwalając darzyć się miłością i darząc nią. Aż do teraz…24 grudnia 2013 roku… godzina 9:30.
Ocknąłem się jako pierwszy patrząc na męża czule. Wszystko było prawie gotowe. Za kilka godzin miała zjawić się jego mama z siostrami. Byłem jej wdzięczny, że w pełni nas akceptuje. Powoli nachyliłem się nad ukochanym- jego wargi były leciutko chłodne jak każdego ranka.
-Kochanie… pora wstawać-mruknąłem czule, z miłością.
Żadnej reakcji…
-Skarbie, no już-szturchnąłem go lekko.
Nic…
-Jeny! Po buziaku zwykle się budzisz żądając więcej śpiochu!-popchnąłem go lekko.
Nic…
-Eli! Eli do jasnej cholery!-szturchnąłem go mocnie.
Nic…
Później już tylko płacz i próba pomocy ukochanemu. Karetka zjawiła się stanowczo za późno jak na mój gust


Pana mąż ma zapalenie opon mózgowych-lekarz patrzył na mnie wymownie jakby to była moja wina.-dziwi mnie tylko, dlaczego pan go nie przywiózł, gdy się źle czuł-dodał nawet nie przejmując się moim stanem.
-Widziałem, że coś było nie tak, widziałem, że ostatnio ledwo żył, ale upierał się, że nigdzie nie pojedzie, że nie ma czasu na lekarzy. Prosiłem, ale nie mogłem go przecież zmusić.
-Ale mógł pan przekonać-obwieścił, a mój stan jakby go cieszył i poprawiał mu jego własny humor-Pana mąż zapadł w śpiączkę nie wiadomo kiedy się obudzi. A dzisiaj wigilia… Niech pan idzie do niego, nie powinien być sam. Wszystko będzie słyszał, dlatego niech pan do niego mówi. Wszystko będzie słyszał ,dlatego, niech pan do niego mówi.
Wyszedłem z pokoju i osunąłem się po drzwiach. Nie chciałem by mojemu ukochanemu coś się działo. Niechciałem go stracić. Nie znowu. Łkałem cicho chwytając się za serce. Miałem tylko jego. Jak mogłem być na tyle głupi by nie zabrać go do lekarza gdy słaniał się na nogach, ale miał siłę by się kłócić. To była moja wina, jego stan i to, że się tutaj znalazł, bo nie potrafiłem go przypilnować, zaopiekować się nim.
Jeśli nie przypilnowałem go wtedy, musiałem zająć się nim teraz i to najlepiej jak umiałem. Musiałem być silny bym dobrze się nim zajął, ale jakoś nie potrafiłem. Nie umiałem zająć się sobą, a co dopiero innymi. Uderzałem tyłem głowy o ścianę, jakbym wierzył, że każde uderzenie będzie wyrzucało z mojej głowy przykre obrazy- a co za tym idzie- cofało czas.
Kiedyś jednak musiałem się podnieśc, dojść do siebie i spiąć tyłek zagryzając wargę. Powoli wstałem i ruszyłem w stronę Sali na której leżał mój mąż.
Wszedłem tam powoli i zerknąłem na niego. Był taki spokojny jakby spał. Podszedłem do niego i łzy znowu pociekły.
-Kochanie…-szepnąłem cicho z bólem.
Powoli usiadłem koło niego i ująłem jego dłoń z sygnetem. Powoli gładziłem ją wpatrując się w jego twarz.
-Jesteś taki spokojny, leżysz tak niewinnie. Dlaczego chcesz mnie zostawić? Nie chce Cię tracić.-szepnąłem cicho i westchnąłem-Jesteś moim jedynym szczęściem na świecie. Kolejna strata nie zabije. Nie rób mi tego. Chce byś był zawsze obok. Kocham Cię tak bardzo, a to, że nawet nie mogę spojrzeć w Twoje śliczne oczka i że nawet nie mogę usłyszeć Twego cudnego głosu. Wiele bym dał byśmy teraz siedzieli w domu. Byś Ty czuł się dobrze. Kochanie… życie bym za Ciebie oddał i każde bicie serca-szepnąłem cicho i powoli położyłem się obok niego splatając palce prawej dłoni razem. Patrzyłem na jego śliczną twarz i wdziałem Anioła. Anioła z którego ktoś wycisnął całe życie. I tym kimś chyba byłem ja…
-Wiesz, że gdyby nie Ty, pewnie bym się wykończył i jeszcze był z tego zadowolony? Ale gdy pojawiłeś się Ty, już nie chciałem ze sobą kończyć. Choćby dlatego, że ktoś musiał dawać szczęście takiemu ideałowi jak Ty. Jeśli teraz mi Cię zabiorą, kogo będę musiał uszczęśliwiać? Tylko myśl, że ktoś mnie kocha i że ja tego kogoś musze kochać i uszczęśliwiać trzymała mnie przy życiu-szepnąłem cicho.
Powoli przesunąłem jego włoski z czółka i położyłem głowę koło jego głowy patrząc na niego wciąż i nieprzerwanie.
-Kocham Cię… Kocham nad życie… tylko tak mogę błagać byś do mnie wrócił. Tylko tak sam sobie daję nadzieję na cud –szepnąłem cicho i pogłaskałem jego policzek i przymknąłem oczy przywołując różne obrazy z przeszłości.
Moment w którym widziałem go po raz pierwszy. Stał w deszczu, moknąć pod budynkiem hotelu i nie przejmując się tym. Wtedy… pomyślałem, że jest przystojny. Jednak te myśli zgasiła woda z pod kół przejeżdżającej ciężarówki. A on stał tam, patrzył na mnie i śmiał się. Krzyknąłem na niego, a on zaczął śmiać się głośniej. Mój ukochany…
I nasze kolejne spotkanie, kiedy pytał czy dzisiaj też coś mnie ‘zgasi’. Miałem ochotę się na niego rzucić… zrobiłem to kilka tygodni… i ten pocałunek. Paraliżujący. Cudowny. Magiczny. Niechciałem się odsuwać, ale przecież uciekłem. Bałem się kolejnej starty, bo ta, jakto nazwałby postronny obserwator, klątwa, mogła powrócić w każdej chwili. Ale Hyung znowu mnie znalazł i gdy usłyszał moje wyzanie, wtulił mnie i powiedział, że on nigdy mnie nie zostawi, że on nie zniknie…
-Kłamałeś-szepnąłem cicho znowu czując ogromny ból-powiedziałeś, że mnie nie zostawisz.
Oparłem nos na jego szyjce czując cisnące się do oczu łzy.
-Pamiętasz te wszystkie cudowne chwile? Pamiętasz kiedy pierwszy raz powiedziałeś, że mnie kochasz? Wyciągnąłeś mnie na skoki bungie. Wariacie-zaśmiałem się cicho czując kolejne łzy-gdy skakaliśmy we dwójkę, powiedziałeś, a raczej krzyknąłeś to. Nie dość, że tak mi się kolana trzęsły to jeszcze bym wyleciał z barierką-prychnąłem cicho-A na dole mnie pocałowałeś, mimo iż wisieliśmy do góry nogami. To… to była najcudowniejsza chwila mojego życia. Nigdy Ci tego nie mówiłem, ale wtedy poczułem, dowiedziałem się, co to pełnia szczęścia.
Powoli dotknąłem jego obrączki i ucałowałem jego dłoń tuląc ją do policzka.
-I wtedy kiedy spadłeś z drabiny. Mówiłem ‘nie właź, bo za bardzo wieje’. Ale Ty musiałeś. Uparłeś się. W końcu to było Helloween. Musiałeś ozdobić dom-pocałowałem jego policzek kilka razy.-Myślałem, że Cię dobije-zaśmiałem się cierpko-nawet nie wiesz jak się zamartwiałem, jak modliłem się by nic Ci nie było. Jak moje serce przestało bić kiedy znalazłem Cię wijącego się z bólu. Przynajmniej dostaliśmy cukierki w szpitalu-uśmiechnąłem się.
Poprawiłem kołderkę na ukochanym i pogładziłem jego włosy całując jego skorń.
-I ten dzień. Zabrałeś mnie we wakację na plaże by popływać. Dzieciaki wesoło biegały i się bawiły, a ja udając, że czytam, obserwowałem jak biegasz za nimi ze śmiechem i bawisz się z nimi. Byłeś wtedy taki, taki… cudowny. Przyszedłeś, pocałowałeś mnie i stwierdziłeś, że chciałbyś mieć ze mną synka i pobiegłeś po lody.-uśmiechnąłem się lekko.-dziwnym trafem na moim lodzie pojawił się pierścionek. Z uśmiechem zabrałeś go twierdząc, że ‘jest twój i że przez przypadek pewnie spadł ci’. Myślałem, że Ci krzywdę zrobie Hyung-zaśmiałem się-co dziwne na końcu rożka-przypominam, że o mało się nim nie udławiłem-znalazłem taki sam, tylko nieco mniejszy.-z uśmiechem ucałowałem jego wargi-Niedobry,
W tym momencie poczułem całą wczorajszą kolację w przełyku. Wyszedłem z łóżka i pognałem do łazienki wyrzucając z siebie ‘nadbagaż’. Nie pierwszy raz w tym miesiącu. Wyczerpany wróciłem do Sali widząc w niej mojego znajomego lekarza, który leczył także mnie kiedyś tam i zajął się Elim po upadku.
-dzień dobry panie Elusivie-uśmiechnął się do mnie sprawdzając kroplówkę ukochanemu.-przejąłem pacjenta. Teraz Pan Ellison jest pod moją opieką.
Kamień z serca. Tamta perfidna morda już nie będzie mnie nękać i byłem pewnien, że on nie zabije mojego męża
-Dzień dobyr-uśmiechnąłem się i chciałem usiąść obok męża, ale mężczyzna zatrzymał mnie gestem dloni.
-Musimy porozmawiać-stwierdził lekarz, a ja poczułem jak staje mi serce. Bałem się tego usłyszeć. Jednak on sięgnął po dużą kopertę, która leżała na stole, a której niezauważyłęm wcześniej. Kolejne zdjęcie na których nic nie widziałem, ale wiedziałem, że już nie chce na nie patrzeć. Ale zamiast ‘niebieskawego’ zdjęcia zobaczyłem zwykłą kartkę na której znajdowały się najprawdopodobniej wyniki badań.
-Pozwoliłem sobie odebrać pana wyniki badań-uśmiechnął się lekarz, a ja patrzyłem na niego niepewnie.-wszystko jest dobrze. No, tam szczegóły. Lekki niedobór żelaza, jak widze pozostaje pan pod stałą obserwacją psychologa…-lekarz spojrzał na mnie poważnie-powinien pan więcej spać i jeść. W końcu teraz będzie pan dbał nie tylko o siebie, aloe tez o tą małą istotkę w panu-lekarz wszczerzył się-gratulacje, jest pan w ciąży.
Spojrzałem na niego zdziwiony i poczułem jak do moich oczu napływają łzy. Nasze marzenie się spełni… marzenie o dziecku.
-A… nie… kłamałem… mówiłem, że cię nie zostawie… i mamy gratis-usłyszałem ochrypły głos za lekarzem. Otworzyłem szerzej oczy i podszedłem do męża, który patrzył na mnie. Słaby, ale szczęśliwy.
-Kochanie…-szepnąłem i pocałowałem go mocno.
Więc… klątwa została zdjęta…
-Kocham Cię.



Elusive (ulzzang Song Chan Ho)xEli (U-KISS)
Opowiadanie napisane dla mojego Skarba więc jest dla mnie ważne i długo zastanawiałem się czy tutaj je dodać więc nie zjedzcie mnie.
I tak, wiem, męska ciąża. Boże co za idiota. Już raz zostałem za to wyśmiany i zabolało mnie to. To w końcu fikcja, wszystko się może zdarzyć... Męska ciąża jest normalna jak pół elf pół anioł z domieszką psychopatycznego gwalcicielo-pedofilo masochisty także...~ Ukecian

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz